_
24.6port. statek Italia
port. statek Italia
port. na platformach Berio. w tle dzwonnica kościoła delle Vigne
przyleciałem do Krakowa pełen zapału :> i dobrych chęci, którymi jak wiadomo „piekło jest wybrukowane”.
z lotniska odebrał mnie Maciek i przywiózł do domu, gdzie czekała na nas Jowita z zupą ogórkową, za którą w Genui niesamowicie się stęskniłem :>
zupa była pyszna. dolałem sobie kilka razy, w międzyczasie nagrywając na dyktafon rozmowę:
rozmowa dotyczyła, zgodnie z planem, „zagrożonego gatunku” i… nie spodziewałem się, że tak szybko, w zasadzie natychmiastowo zostanie poruszone „głębszy” sens projektu :> nawet nie zdążyłem porządnie zacząć, a już Maciek posumował kwestię słowami Tiziano Terzianiego, że świat nie może nie być zagrożony, jeżeli królową nauk stała się ekonomia… ekonomia kanalia, bravo! stąd przecież wziął się tytuł… nie wiem jaki był to znak. dobry? znaczy, że nie zaproponowałem niczego nowego, że proponuję raczej sprawę oczywistą, ale czy to źle?
+
był pierwszy dzień świąt wielkanocnych. wieczorem udałem się do Psa, by przypomnieć sobie miejsce i obejrzeć miejsce wystawy, i chociaż było niewielu gości, udało mi się upić i wypalić przy tym za dużo papierosów. następnego dnia miałem katza i ubyło mi energii, lecz wieczorem znowu znalazłem się w Psie, tego wymagał projekt :> i… znowu oczywiście się upiłem, bo jak inaczej, przecież w Psie nie można siedzieć na trzeźwo. mimo to miałem na tyle zapału, że nagrałem jeszcze jedną ciekawą rozmowę:
elokwencja Tekli rozwiała wszelkie moje wątpliwości w kwestii „ukrytego” sensu projektu - świadomość choroby na profit /ekonomia kanalia/ i jej symptomów jest wyraźnie obecna, a pogłębiający się kryzys finansowy tylko uwydatnił jej skutki… poza tym, w tej krótkiej rozmowie na uwagę zasługuje również wypowiedź Wodza, a zwłaszcza zdanie, że zagraża mu alkohol. było to stwierdzenie prorocze. kilka dni później Wodzu został aresztowany na Plantach za jazdę na składaku pod wpływem, by po tygodniu zostać w podobnych okolicznościach pobity przez kiboli, lecz zdanie to można, a nawet powinno rozumieć się szerzej, nie tylko w kontekście osobistych „przygód” Wodza. alkohol zagraża ludziom w ogóle :> a zwłaszcza ich zamiarom i wszelkim projektom, które pod jego wpływem zostają przegadane „od rzeczy”, by potem na wątłym katzu pozostać skromne, ciche i niezrealizowane, aczkolwiek… „zagrożony gatunek” napotkał dodatkowe trudności. okazało się bowiem, że odbitki /miały być gotowe na mój przyjazd/ gotowe nie są i nawet dokładnie nie wiadomo kiedy będą, czyli zaczęło się znane dobrze wszystkim organizacyjne zamieszanie, które pochłonęło sporo mej nadwątlonej /patrz wyżej/ energii. w efekcie wystawa wyszła jak na zdjęciach Jowity - nieostra i niewyraźna :>
szkoda, wielka szkoda, że nie udało się zorganizować pokazu slajdów. może wtedy projekt został by „zauważony” :> niestety najpierw ujawnił się brak kabli, więc nie udało się zrobić próby przed wernisażem :> a na wernisaż nie udało mi się dojechać, bo zepsuł mi się samochód - taka przynajmniej brzmi wersja oficjalna wydarzeń.
+
po zamknięciu krakowskiej odsłony projekt „Zagrożony gatunek” nabrał innego, niespodziewanego, wymiaru. faktem jest, o czym dotąd nie wspomniałem, że miałem zamiar relacjonować jego przebieg na bocznicy, lecz będąc w Krakowie nie udało mi się zamieścić ani jednej notki, nie mówiąc o jakimkolwiek podsumowaniu.
robię to dopiero teraz, prawie dwa miesiące po powrocie do Genui, bo wcześniej trudno mi było odnieść się do tego co zaszło, do tej porażki :> aż uświadomiłem sobie, że niezakończony projekt zaczyna mi zagrażać, gdyż dopóki wisi jego zapowiedź na stronie, nie potrafię zabrać się za nic nowego. dlatego kończę, choć nie znaczy to, że nie wrócę jeszcze do tematu :>
vetrina chiusa
wchodzę na placyk św. Jerzego /san Giorgio/ w pobliżu mojej kamienicy i dostrzegam zza przyciemnionych okularów, że jeden z dwóch szakalików siedzących na parapecie przymkniętej witryny sklepowej pokazuje mnie palcem… o co chodzi? co to za zachowanie, może mi się zdawało? ale nie, robi to ponownie, widzę wyraźnie i co ciekawsze pokazuje mnie pewnej starszej pani, w wyglądu genuence… dziwne - myślę udając, że nic nie zauważyłem i czuję że kryć się za tym może jakiś kłopotliwy absurd. bo po co siniora rozmawia z szakalikami? i dlaczego jeden z nich, ten z podbitym okiem, pokazuje mnie palcem?? mimo to zachowuję zimną krew :> i podążam dalej swoją drogą, która niestety wiedzie mnie wprost na podejrzanych. więc przechodzę na drugą stronę placyku i próbuję ich ominąć z bezpiecznym dystansem, lecz ten sprytny manewr okazuje się nietrafiony, bo starsza pani wymieniwszy z chłopakami ostanie słowa zdecydowanym krokiem rusza mi naprzeciw. zatrzymuje mnie gestem, niczym taksówkę i mówi: oni powiedzieli, że jesteś genueńczykiem.
zatkało mnie. jak to? oni?
— tak. mówią, że jesteś genueńczykiem, a nie jesteś?
— no - żachnąłem się zbity z tropu - powiedzmy, że jeżeli oni tak mówią, to jestem. od niedawna.
— bo szukam kościoła delle Vigne /kościoła z Winnic/ - starsza pani przeszła do rzeczy i pojąłem czemu szakalik powiedział jej, że jestem… (sic!).
— kościół z Winnic… to w pobliżu piazza Campetto - mówię zatroskany, by nie pomylić formy grzecznościowej i nie namieszać, jak poprzednio, gdy tak bardzo starałem się brzmieć poprawnie in english /turysta zapytał mnie o drogę/ że wysłałem gościa w kompletnie pomyloną stronę :> - …więc Ona musi pójść prosto - mówię - na piazza Banchi skręci w via degli Orefici, aż do piazza Campetto i tam najlepiej zapyta - wytłumaczyłem i się rozeszliśmy.
— delle Vigne - rozważałem sytuację, bo nie dawała mi spokoju. - przegięli :> nawet gdybym był rodowitym genueńczykiem nie znaczy… że krzyżakiem jestem i znam tutejsze kościoły… ciekawe, że starsza pani ich zapytała wpierw o drogę… chociaż to wcale nie takie dziwne a nawet ciekawsze zważywszy fakt, skąd wiedziałem dokąd ją wysłać… myślę że, oni też powinni wiedzieć, bo w pobliżu jest meczet.
była niedziela. leniwe popołudnie, na ulicach spokój.
spacerowałem właśnie po mieście i przechodząc bez wyraźnego celu przez piazza Campetto, skręciłem w zaułek, który po kilkunastu krokach zaprowadził mnie przed niecodziennie otwarte boczne wejście. wstąpiłem być może dlatego, że wcześniej zawsze było zamknięte :>
kościół z Winnic to najstarsza genueńska bazylika i drugi co do wielkości kościół w centrum /zaraz po katedrze san Lorenzo/, wnętrze jest bogato zdobione metodą a fresco i jak w każdym starym kościele jest pełno dzieł sztuki. wtedy jednak nie zwróciłem uwagi na szczegóły, przede wszystkim zaskoczył mnie jej rozmiar, bo z zewnątrz, zwłaszcza od strony ciasnego zaułka spodziewałem się czegoś znacznie mniejszego.
w środku było pusto i emanowało rześkim chłodem zachęcając do cichej kontemplacji :> niestety ową „dobrą nowinę” zakłócał powtarzający się co jakiś czas, przenikający nawy i odbijający się echem w sklepieniach łomot: bummm… bummm… bummmm…
— robotnicy - pomyślałem, lecz po chwili przypomniałem sobie, że przecież jest niedziela! a kiedy niczym w kocioł uderzyło kolejne bummm! zacząłem rozglądać się próbując zlokalizować źródło hałasu, który… dochodził zza głównego wejścia, jakby ktoś taranem dobijał się do wrót…
wyszedłem sprawdzić i oczom nie mogłem uwierzyć. to byli chłopcy, ośmio-dziesięcioletni, chyba Marokańczycy. na pewno maghrebianie. grali na placu w piłkę na bramkę, a bramką było główne wejście do najstarszej bazyliki w Genui.