kaskada
11.11szczytująca via san Luca
szczytująca via san Luca
wchodzę braciszku do kiosku po papierosy i bibułki, wchodzę zagapiony na kalendarze… niezły zestaw przyznać musisz: św. Franciszek i padre Pio wśród hurysek, po prostu cud!
więc wchodzę i dopiero po chwili zauważam, że w kiosku stoją dwaj karabinierzy i plotkują ze sprzedawcą. ten oczywiście od razu przerywa rozmowę i pyta mnie co sobie życzę, a ja życzyłbym sobie papierosy: małą paczkę i długie bibułki, ale w towarzystwie karabinierów wstydzę się przyznać, bo mała paczka i długie bibułki, wiadomo do czego służą, więc zaskoczony odpowiadam… kalendarz.
czemu kalendarz? pewnie dlatego, że się wcześniej zagapiłem.
— który? - pyta sprzedawca.
— który?? - patrzę na niego i już nie próbuję wybrnąć z ambarasu.
papierosy i bibułki musiałem kupić w innym kiosku, bo ci karabinierzy… nie mogłem się w ich towarzystwie zdecydować.
wreszcie kupiłem ten z ojcem Pio, co wywołało na twarzach stróżów prawa głupie uśmieszki. pewnie sobie pomyśleli…
— po co ci ten kalendarz? - pyta Abbi widząc z czym wróciłem.
— ah… dobre filterki będzie się z niego kręcić.
— zapowiadają upadek kapitalizmu. podobno dogorywa. jego koniec ma się dokonać na drodze rewolucji… czerwonej proletariackiej? są „elegancko” ubrani. elegancko w sensie chłopcy pod krawatami a dziewczyny wyfiokowane. agitują na ulicy, najczęściej na san Lorenzo, co /w Krakowie/ przekłada się na ulicę Floriańską. zaczepiają próbując sprzedać, wetknąć przynajmniej w rękę gazetę pod tytułem Lotta Comunista /Walka Komunistyczna/.
rewolucja proletariacka… tak mówią, ale nie mają wiele wspólnego z klasą pracującą. oni, studenci najprawdopodobniej stanowić mają później wykształconą elitę, która poprowadzi zbuntowane po raz kolejny masy… dlatego na ulicy prezentują się tak a nie inaczej :> paradoksalnie swoim wyglądem i zapałem przypominają mi raczej młodych Świadków Jehowy albo… wyznawców innej apokaliptycznej religii. jest w tym ziarno prawdy, bo jak nie wiarą w rychły koniec świata nazwać te ich gorące zapowiedzi kolejnej rewolucji.
trochę mnie to śmieszy. ale nie dziwi. Genua to miasto o chyba najsilniejszej komunistycznej tradycji we Włoszech. tutaj idealiści, młodzi romantycy, nadal malują na ścianach czerwone gwiazdy, sierpy i młoty. było dla mnie zaskoczeniem, kiedy dawno temu po raz pierwszy to zauważyłem. potem poznałem kontekst tutejszego komunizmu, zupełnie inny od naszego i zacząłem rozumieć, a dzisiaj, mogę powiedzieć, że już wiem, bo wczoraj na san Lorenzo, jak zwykle w weekendy trwała agitacja.
Lotta Comunista :> zauważyłem z oddali w tłumie dziewczynę. przyznać muszę niezłe laski wśród tych komunistek :> patatina, gnocca /ziemniaczek, kluseczka :>/ powiedziałby o niej Pacino, który zawsze porównuje ładne dziewczyny do smacznych, miękkich i ciepłych zakąsek. patrzyłem na nią, co oczywiście wkrótce zauważyła. więc kiedy znalazłem się w jej zasięgu, podeszła do mnie z naręczem gazet.
— czytałeś nowy numer? – zapytała przymilnie.
— Lotta Comunista? dzięki – odparłem i zwolniłem nieco kroku widząc, że ruszyła za mną.
— a może jednak? nie? – nalegała z uśmiechem.
— posłuchaj – powiedziałem przez ramię nie tuszując akcentu – pochodzę z ekskomunistycznego kraju, rewolucja i walka komunistyczna to dla mnie przeszłość… – nie chciałem jej obrazić, starałem się przede wszystkim wypaść miło i chyba przesadziłem, bo w odpowiedzi nieźle mi przywaliła.
— mówisz „przeszłość”? ta przeszłość, może być twoją przyszłością.
— nie dziękuję.
— nawet jeśli ci potowarzyszę?
co miało znaczyć to: „nawet jeśli ci potowarzyszę?” – zastanawiałem się zostawiwszy ją za sobą, niejako i najpewniej bezpowrotnie w przeszłości :< znaczy, że ona w ten sposób zaczepia mężczyzn? na lekki podryw? niezła sztuka. odważna albo… lepiej nie dumać nad rozlanym mlekiem. najprawdopodobniej po prostu mnie poznała i powiedziała tak wyłącznie dlatego… w co wątpię, chociaż czemu nie? mogła mnie zapamiętać. spotkaliśmy się już przecież. i to u mnie w domu. dokładnie. było to prawie dwa miesiące temu. wtedy w domu przy Justiniani mieszkała jedna Wenezuelka ze swoim chłopakiem rzymianinem. mieszkała, bo już nie mieszka, więc pozwolę sobie teraz, o niej, parę słów.
ładnie się nazywała: Anamaria Beatriz Viterbo oficjalnie, zaś dla mnie była po prostu Nutellą i to broń boże nie z powodu koloru jej skóry! ona najzwyczajniej była uzależnioną od tego słodkiego, burżujskiego rarytasu, pozbawioną wątpliwości komunistką. przysłuchiwałem się raz rozmowie jaką prowadziła w kuchni i mniej ważne było to co mówiła, bo z tym, zważywszy jej latynoamerykańskie pochodzenie, mogę się zgodzić. wstrząsające było w jaki sposób to robiła, i jakiego używała języka: zaczerpniętego prosto marksistowskiego podręcznika dobrego kaowca. miało to miejsce dokładnie tego dnia, kiedy odwiedzili ją jej towarzysze :> a wśród nich ta, co próbowała mnie wczoraj poderwać.
nie zabrałem głosu. słuchałem. pozwoliłem im mówić bez sprzeciwu. Nutella była wtedy u siebie, nie jak ja. dopiero co przyjezdny, nie odzywałem się zajmując skromnie i bez pretensji ostatnią wolną w mieszkaniu kanapę. można powiedzieć, że w tamtym początkowym okresie sypiałem w przejściu. teraz mam swój pokój, więc nie narzekam: spało mi się tam wygodnie poza tym że…
na przykład pewnej nocy wrócili późno. mam na myśli Nutellę i jej chłopaka. nie wiem, nie zauważyli mnie albo byli trochę podpici i zapomnieli, bo nie jak w inne dni tym razem zachowywali się głośno i swobodnie. rozmawiali o organizacji partyjnej, w tle słychać było skwierczące na patelni jajka. potem zasiedli do stołu i po szybkim i milczącym posiłku zajęli się pieszczotami :> zaczęli w kuchni od porozpinania zamków błyskawicznych, a kiedy znaleźli się w pokoju na łóżku, odbębnili ostry seans porno. jejku, mimo że nie trwał aż tak długo nie mogłem od niego zasnąć do samego rana. zaklinam się, nic nie widziałem i nie miałem zamiaru podglądać :> odwrócony do ściany starałem się nie drgnąć, by nie sprowokować skrzypnięcia kanapy i im nie przeszkodzić. w ten sposób nieporuszony mimowolnie zamieniłem się w słuch. panienko przenajświętsza! każde cmoknięcie, mlaśnięcie, pierdnięcie pęczniało mi w głowie jak drożdże, a ich wytężony w końcu orgazm przeżyłem doprawdy jak organową fugę w katedrze.
nie wiem czy to kościelne porównanie towarzysze z Lotty uznali by za interesujące. istotne jest raczej to, że po owym nocnym miłosnym spektaklu patrzyłem na Nutellę i na całą jej walkę cokolwiek inaczej, bo stało się jasne do jakich jest zdolna uniesień… w tym kontekście żałuję trochę, że pozostawiłem w przeszłości ową zaproponowaną mi na ulicy komunistyczną przyszłość :>
stuku puku
stuku puku
lotta comunista
cmok.
teraz, odkąd mam wysokie krzesło mogę pisać… bo wcześniej miałem zbyt niskie. musiałem trzymać ręce wysoko i bolały mnie od tego ramiona…
oj, nie pisałem od dawna. prawie zapomniałem. muszę poćwiczyć, poćwiczyć myślenie abstrakcyjne, bo jak na razie głowę zajętą miałem raczej sprawami doczesnymi. w sensie: podstawowymi :> oczywiste. najpierw potrzeby podstawowe /budować mieszkać myśleć :)/. potem historyjki. ok. można pisać nawet w trudnych warunkach, na zbyt niskim krześle, na kolanie. ale trzeba mieć silną motywację. a ja ostatnio jestem po pierwsze zmotywowany do usystematyzowania się w nowych warunkach. no i oczywiście jestem wygodny. więc najpierw warunki, a te stają się powoli faktem, jeżeli już się nie stały.
tak…wysokość krzesła jest odpowiednia. mam też światełko nad biurkiem, to znaczy że będę mógł wrócić do studiów nad językiem W.
niesamowite i ciągle zaskakujące jak trudno przestawić się na inny język. na przykład, ostatnio zauważyłem, że mam problemy z pamięcią. podczas rozmowy trudno mi sobie przypomnieć nazwy własne, imiona tytuły i tym podobne… i to nie z powodu nadmiaru używek :> zdaje się albo raczej niewątpliwie pamięć działa też w języku, więc pojawiają się kłopoty kiedy wypada korzystać z niej in altra lingua, zwłaszcza w rozmowie, gdy nie ma czasu na zastanawianie się, na tłumaczenie sobie w głowie… być może to kwestia klik i już. a być może nie.
ciekawe jaki wpływ ta zmiana języka, kontekstu, otoczenia będzie mieć na pisanie. obym nie stracił umiejętności :> liczę raczej na pozytywne następstwa :> jak na razie pisze mi się wygodnie, bo mam wysokie krzesło :> i ładny ogródek za oknem.
po licznych perypetiach wróciłem do Genui. i zostanę tutaj dłużej. nie ma już stróżówki w Krakowie. jest mieszkanie na Justiniani, razem z młodą ładną genuenką, już się boję :> i z marynarzem z Rumuni. tymczasem odwiedził mnie Świętyaugustyn :> kumpel z Mediolanu /naprawdę tak się nazywa :>/ więc zrobiłem przerwę w pracy, której ostatnio mam już dosyć, basta, i wybraliśmy się na wycieczkę, rzymskim akweduktem. Paolo wziął z sobą flaszeczkę wyśmienitego likworu z orzechów laskowych, zaś Świętyaugustyn miał w kieszeni mały słoiczek… w ten sposób droga wydłużyła nam się niewiarygodnie :>
poza tym? jest chłodno. na południu było cieplej.
było dobre jedzenie. i dużo wolnego czasu, z którym nie wiedziałem co zrobić. niestety nie miałem kompa, ani dostępu do netu. teraz, trzeba będzie uporządkować przeszłość. przynajmniej dokończyć napoczęty reportaż z Ichnusy. ciao.